Intro do serii „Listy ode mnie”
To są listy o zdrowiu, pieniądzach i decyzjach, które przychodzą gdy przestajemy odkładać siebie na później.
Piszę z własnego życia i doświadczeń, które mnie zmieniały. Czasem zmiany były delikatne i powolne, czasem brutalne i gwałtowne. Niczego Ci nie obiecuję, nie daję przepisów „na szczęśliwe życie w obfitości”. Dzielę się doświadczeniem i przemyśleniami, które mogą Cię zainspirować do działania.
Z czasem zrozumiałam, że najważniejsze decyzje nie przychodzą wtedy, gdy mamy czas. One przychodzą wtedy, gdy jesteśmy gotowe przestać czekać na pozwolenie.
Jeśli po przeczytaniu poczujesz lekki niepokój, ten dobry, który mówi „to coś dla mnie”, to znaczy, że jesteś we właściwym miejscu. Rozgość się.
To nie jest zły moment. To jest Twój moment.
Większość kobiet, które znam, na hasła „zmiana nawyków”, „nowy projekt”, „zróbmy biznes” zaczyna zdanie od słów:
„teraz nie jest dobry moment”.
Kiedyś i Ty mogłaś tak mówić. Może dalej mówisz. Ja mówiłam. Długo. Za długo.
Pracowałam na dobrze płatnym stanowisku, byłam zastępcą dyrektora dużej organizacji. Z jednej strony stabilność, prestiż, uznanie. Z drugiej, sytuacje, których nigdy nie akceptowałam, napięcie, decyzje, które mnie wykańczały. A w tle kredyt na mieszkanie i dwójka dzieci, w tym synek, który potrzebował mnóstwa wsparcia finansowego ze względu na wyzwania związane z niepełnosprawnością.
Nie chciałam pokazać, że coś przegrałam. Nie chciałam przyznać się do zmęczenia ani do strachu. Nie chciałam utraty statusu. Każdego dnia mówiłam sobie:
„jeszcze chwila, jeszcze trochę wytrzymam”.
Aż przyszedł ten telefon. Byłam na urlopie. Szefowa zaczęła mnie krytykować, a gdy próbowałam się wytłumaczyć, spotkałam się z ironią. Pałka się przegła. Pomyślałam bardzo filozoficznie. Wtedy wiedziałam jedno: muszę podjąć decyzję. Teraz albo nigdy.
Nie było planu B, nie było kolejnej pracy w zanadrzu. Był strach, chaos i poczucie ogromnej odpowiedzialności. Ale też świadomość, że dłużej tkwiąc w tej sytuacji, nikomu nie służę – ani sobie, ani dzieciom.
Podjęcie decyzji o odejściu dało mi ulgę. Pojawiła się radość, wolność i nadzieja. Zaczęłam planować nowe życie, nowe kierunki. Odkryłam, że szybkie podejmowanie decyzji, stawianie granic i szanowanie siebie to nie luksus. To jedyna droga, żeby mieć energię, zdrowie i przestrzeń na prawdziwe życie. Potem prawdziwe życie pokazało mi swoje najbardziej brutalne z możliwych oblicz. Ale jestem. Dzięki decyzjom.
A Ty? Ile decyzji odkładasz w nadziei, że sytuacja sama się rozwiąże? Ile granic masz zamiar przesunąć, zanim powiesz sobie:
„Teraz mówię sobie TAK”?




